Taki tytuł :"Lekarze na antydepresantach i psychotropach. Co dziesiąty ma problemy psychiczne"
138
http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,21541355,lekarze-na-antydepresantach-i-psychotropach-co-dziesiaty-ma.html
Najczęstszym powodem przyjęć lekarzy do szpitali psychiatrycznych są epizody depresji, choroba afektywna i uporczywe zaburzenia nastroju. Ale w tym zawodzie nikt nie mówi, że ma doła. To wstyd.
– Biorę leki antydepresyjne – nie powie pod nazwiskiem żaden z lekarzy. Anonimowo jednak przyznają, że medycyna to zaborcza towarzyszka życia. Zabiera małżonków, czas wolny i chęć do życia. Powoduje frustrację i zobojętnienie. Czasem myśli o samobójstwie.
W czerwcu zeszłego roku lekarz wyskoczył ze szpitalnego okna na szóstym piętrze. Jego koledzy przez kilka godzin próbowali uratować mu życie. Bezskutecznie.
– Na podstawie zeznań najbliższej osoby ustalono, że od około dwóch lat chorował na depresję. W jego organizmie stwierdzono obecność diazepamu i flunitrazepamu [leki psychotropowe – red.] – informuje Cezary Fiertek, szef Prokuratury Okręgowej w Olsztynie.
Podobnie było w Zamościu. W sierpniu lekarz skoczył z dachu dwupiętrowego budynku przy Szpitalu Wojewódzkim im. Jana Pawła II. Miał psychozę maniakalno-depresyjną.
– Skoczył przez pracę. Być może przy kolejnej, silniejszej fazie depresji dawka przepisanych leków nie była wystarczająca – wyjaśnia lekarz, który go znał.
Niewiele więcej mówi mi Bartosz Wójcik, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Zamościu. – Lekarz, specjalista radioterapeuta, który popełnił samobójstwo 30 sierpnia 2016 roku, przyjmował leki antydepresyjne – informuje.
Wysoka góra, głęboki dół. Jak choroba dwubiegunowa niszczy życie całej rodziny
Samobójstwa lekarzy: brak danych
Ilu lekarzy w ostatnich latach odebrało sobie życie? Dokładnie nie wiadomo. – Organizacja nie zbiera danych na temat liczby samobójstw wśród lekarzy – wyjaśnia Katarzyna Strzałkowska, rzeczniczka Naczelnej Izby Lekarskiej.
Maria ma 34 lata i specjalizację z chorób wewnętrznych. Tygodniowo pracuje około 80 godzin. Bierze fluoksetynę, środek antydepresyjny nazywany potocznie „pigułką szczęścia”. Lekarką jest od ośmiu lat.
33-letnia Anna wspomaga się escitalopramem, czyli „przeciwdepresantem stosowanym w leczeniu stanów o dużym nasileniu”. Jest dermatologiem i pracuje w szpitalu i w „wieczorynce”, gabinecie przyjmującym od 22 do 8 rano. Zwykle w tygodniu przepracowuje 65 godzin.
Marta to 26-latka. Po studiach odbywa obowiązkowy 13-miesięczny staż. Chce być chirurgiem. Ma rozpoznane zaburzenia lękowe, lęk napadowy i zaburzenia obsesyjno-kompulsywne.
Zobacz: Jak wygląda praca lekarza rezydenta?
30-letnia Katarzyna pracuje na oddziale zabiegowym. Od pięciu lat jest lekarzem. Z powodu epizodów lękowo-depresyjnych brała paroksetynę, escitalopram i alprazolam. Myślała o samobójstwie.
Młoda lekarka: Pacjent zadzwonił na policję, powiedział, że w szpitalu przyjmuje pijany lekarz. Chodziło o mnie. Pracowałam wtedy bez przerwy ponad dobę
Dwa razy więcej samobójstw
– Ilu lekarzy ma kłopoty psychiczne? – pytam profesora Janusza Heitzmana, wiceprezesa Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego i dyrektora Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
– Od 8 do 15 procent. Dominują zaburzenia związane z uzależnieniami od substancji psychoaktywnych i z zaburzeniami nastroju – wyjaśnia. Dodaje, że najczęstszym powodem przyjęć lekarzy do szpitali psychiatrycznych są epizody depresji, choroba afektywna jedno-i dwubiegunowa i tak zwane uporczywe zaburzenia nastroju. Czym są spowodowane?
– Odpowiedzialnością związaną z tym, że od decyzji lekarza zależy zdrowie i życie pacjenta, a w konsekwencji stresem i przemęczeniem fizycznym. Frustracja zawodowa jest związana z niezawinioną nieskutecznością prowadzonego leczenia, pracą na dwóch lub więcej etatach, koniecznością całodobowego dyżurowania – wyjaśnia profesor.
Dodaje, że pracownicy medyczni mają dwukrotnie wyższy wskaźnik samobójstw niż reszta populacji. To oznacza, że wskaźnik liczby zgonów z powodu samobójstw – który według danych Eurostatu z 2013 roku to 16,35 na 100 tys. Polaków, dla lekarzy wynosi około 30.
Perfekcyjni, zmobilizowani i przemęczeni. Wypalenie zawodowe to plaga
Medycyna jako kat
Maria, specjalistka chorób wewnętrznych, pracuje w szpitalu klinicznym w mieście wojewódzkim. Wcześniej pracowała parę lat w poradni podstawowej opieki zdrowotnej. W sumie, wliczając studia, medycynie poświęciła już 15 lat życia. W trakcie drugiego roku samodzielnej pracy jako lekarz podstawowej opieki zdrowotnej i lekarz internista na oddziale zaczęła mieć stany lękowe i depresyjne.
– W przychodni standardem jest wymuszanie przez pacjentów wszystkiego. Od recept na leki, substancje uzależniające i wypisanie refundacji leków, które się nie należą, po podpisanie się pod zaświadczeniami i zgodami, na które nie mam uprawnień. Pacjenci chcą kłamstw w orzeczeniach, wymuszają zwolnienia lekarskie. To zaczęło mnie coraz bardziej przytłaczać. Do tego dochodzi niesamowite tempo pracy w szpitalu. Lekarzy jest za mało. Pracuję za kilka osób, ale większość pacjentów nie widzi mojego zaangażowania.
Maria wie, że obrywa za niewydolny system. Mimo to czuje się winna.
– Moje zachowania, zgodne z wymogami prawa albo nakazami Narodowego Funduszu Zdrowia, ale niezgodne z oczekiwaniami pacjenta, wywołują pretensje. Słyszałam już od pacjentów, że nie zasługuję na miano człowieka albo że tak złej osoby jeszcze nie spotkali – mówi. – Czułam, że wpadam w coraz większą depresję. Ale byłam jeszcze wtedy przekonana, że moje odczucia są kwestią „wyćwiczenia się” i przyzwyczajenia. Myślałam, że wystarczy kilka spotkań z psychologiem, nadbudowanie niezbędnej w tym zawodzie „twardej skorupy”, zdystansowania się – mówi.
Nie wystarczyło. Potrzebne były leki.
– Niestety, gdy stan się poprawia i odstawiam leki, koszmar po jakimś czasie wraca.
Mówi o sobie: „wrak człowieka”.
– Byłam ambitną licealistką, która miała w sobie mnóstwo pasji i energii do działania Ale medycyna to bardzo zaborcza towarzyszka życia. Ciągle jej mało. Zabiera pasje, życie prywatne i czas wolny.
– Nie ma pani pasji? – pytam.
– Miałam. Góry.
– A teraz?
– Niby jak, pracując po 80 godzin w tygodniu?
W miesiącu przepracowuje około 300 godzin. Jej ostatnia wypłata to 4700 złotych. Czyli około 16 złotych na rękę za godzinę pracy.
– Mój były partner wykonywał zawód niemedyczny. Zarabiał sporo więcej, pracując zdecydowanie mniej niż ja. Widział, że praca mnie wypala, że wpadam w depresję. Próbował naciskać, bym zaczęła coś zmieniać. Ja tkwiłam w miejscu. Zmęczona po pracy, w ciągłym biegu, odsypiająca dyżury. Nie miałam nawet kiedy zastanowić się nad tym, co można by w życiu robić innego. Kontakt był coraz mniejszy, fizycznego brak było kompletnie. On się odsuwał, a ja nawet nie wiedziałam, co zrobić – opowiada. – Dziś mam wrażenie, że 15 lat poświęconych medycynie było stratą czasu. Czuję się jak osoba z syndromem sztokholmskim. Jestem związana emocjonalnie z medycyną i ni
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 138 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.