Co daje zrobienie doktoratu? Ale tak naprawdę?
Tekst z dzisiejszego "Metro". Daje duuuuuuuużo do myślenia:
============================
Doktorat nie ułatwia znalezienia pracy, jest wręcz odwrotnie. Kilkakrotnie dawano mi to do zrozumienia na rozmowach kwalifikacyjnych. Po prostu jestem "przekwalifikowany". W jednej firmie na moją odpowiedź, że jestem doktorem, po prostu odłożono słuchawkę - to dosłowny cytat z listu czytelnika jednego z dzienników.
Jest ich 30 tysięcy. W obiegowej opinii doktorat, podobnie jak studiowanie kilku kierunków, zwiększa szansę na znalezienie dobrej pracy. Ale zdarza się, że jest ucieczką przed bezrobociem po magisterium. W środowisku naukowym mówi się, że zapał do robienia doktoratów jest zbyt duży i trzeba bronić wartości tytułu przed dewaluacją.
W ramach reformy szkolnictwa wyższego powstały dwie koncepcje naprawy sytuacji. Jedną przygotowała konferencja rektorów, drugą - na zlecenie ministerstwa - firma konsultingowa Ernst & Young wraz z Instytutem Badań nad Gospodarką Rynkową. O doktorantach jest tam niewiele, ale i tak propozycje zmian budzą opór. Rektorzy bowiem traktują doktorantów niemal jak studentów, zaś Ernst & Young chce im zabronić robienia kariery na uczelni macierzystej.
Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego, zapowiada, że wybierze najlepsze rozwiązania z obu opracowań i wprowadzi je w drugim etapie reformy. Obiecuje, że wtedy dla najlepszych doktorantów stypendia na pewno wzrosną.
Sami doktoranci narzekają na wysokość stypendiów (nie starcza na pomoce naukowe), kiepską bazę badawczą naszych uczelni i lekceważących ich promotorów. Twierdzą, że nie traktuje się ich poważnie. Przyznają, że doktorat bywa ucieczką przed brakiem interesującej pracy. Oczekują zmian, ale w zasadzie jedynie finansowych. Tylko jeden z czytelników pozytywnie ocenił strategię Ernst & Young - bo zmusza do mobilności i zrywa z tradycją pracowania na jednej uczelni do emerytury.
Oto fragmenty wybranych listów:
Gdzie indziej jest szybciej i godniej
Robiłem doktorat na jednej z naszych renomowanych uczelni publicznych. Znajomi, którzy zdecydowali się robić doktoraty za granicą (Japonia, USA, kraje europejskie), zrobili to w ciągu 3 lat, a ich doktoraty były na wysokim światowym poziomie. W Polsce trwa to o wiele dłużej i często nie kończy się zrobieniem doktoratu. Na Michigan State University znajomy pracował dla tej uczelni podczas doktoratu i zarobił na studia i w miarę dostatnie życie. W Polsce stypendia są żenująco niskie i pozwalają ledwie na egzystencję na skraju ubóstwa. 1000 zł przy obecnych kosztach życia w dużych miastach wystarcza na opłaty za dzielony z kimś akademik i ledwo na jedzenie.
Doktorant
Najważniejszy jest promotor
Chciałbym podzielić się swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami zarówno na temat samych studiów doktoranckich, jak i konkurencyjnych strategii reformy nauki i szkolnictwa wyższego. Nie wiem w szczegółach, jak robi się doktoraty w USA czy Wielkiej Brytanii, ale w Polsce, niestety, do końca nie wiadomo, kim jest doktorant. Czy jest to student (w końcu mamy trzystopniowe studia wyższe), czy może już naukowiec na praktyce (doktoranci prowadzą np. ćwiczenia ze studentami, czasami z tymi samymi, z którymi później razem uczęszczają na fakultety). Nie wiadomo też do końca, jak takiego delikwenta traktować, i czasami dopuszcza się go do katedralnego stołu, a czasami daje mu się delikatnie do zrozumienia, że jednak nie jest do końca "nasz". W kwestii zatrudnienia na uczelni po doktoracie - w zasadzie wszystko zależy od tego, jakiego ma się promotora, jeśli ma on na danym wydziale wpływy, to jego doktorant może spać spokojnie, pracę po doktoracie ma niemal pewną. Jeśli zaś promotor nie ma wpływów, to już jest kłopot. Przy czym wpływy wcale nie muszą być odbiciem dokonań naukowych.
w.
Harujemy na profesora
Studia doktoranckie to praca na dorobek i wyjazdy zagraniczne promotora... To na jego habilitacje, profesurę pracuje doktorant. Egzamin na studia doktoranckie to fikcja, najczęściej kierownik studium doktoranckiego ujawnia pytania wcześniej. Na uczelni zostają przeciętniacy. Ci najlepsi, zaradni, najzdolniejsi idą do firm.
Przeciw zakazowi zatrudniania
Nie popieram zakazu zatrudniania doktorantów na uczelni. Jak mamy tworzyć szkoły i rozwijać dyscyplinę, jeżeli pozbędziemy się ludzi do tego przygotowywanych. Spotkałam się już z sytuacją, gdy zachodnie laboratoria padały, bo po odejściu profesora nie było komu kontynuować pracy w danej dziedzinie. Zresztą, u nas i tak prawie nie ma szans na to, by zatrzymać wybitnych doktorantów, którzy mogliby podnieść poziom naszej nauki.
Jestem przeciwna przymusowemu zatrudnianiu doktorantów do samodzielnego prowadzenia zajęć dydaktycznych w wymiarze 90 godz. Zdecydowanie obniża to poziom kształcenia.
Poważnym problemem jest recenzowanie prac doktorskich i habilitacyjnych przez osoby z tego samego instytutu lub nawet zakładu czy katedry. Stwarza to możliwość niesubiektywnego ocenienia pracy. Prowadzi też czasem do pozytywnego oceniania, a nawet wyróżniania prac miernych.
HMM
Trzeba wykuć i zapomnieć
Studiuję na Politechnice Krakowskiej i tutaj też robię doktorat. Nie spodziewałem się, że będziemy się uczyć rzeczy w stylu "wykuć i zapomnieć" jak w szkole średniej. Stypendia przyznawane są studentom, którzy mają protektorat odpowiednich profesorów. Ja osobiście muszę pracować, jak i pozostali studenci mojego zespołu, a zajęcia odbywają się w godzinach porannych. Prośby o możliwość zaliczania w godzinach popołudniowych kończą się odpowiedzią "niestety, godziny popołudniowe nie wchodzą w rachubę".
Wojtek
Access to the content of the website only for logged in doctors