o niegodnościach podróży, osobliwie- posiłkach, w kilku zdaniach jałowa skarga
92
dziś bardzo dobre zwiedzanie o którym osobno.
O moim rosnącym paraliżu- tak, to dobre słowo- związanym z posiłkami, było tu nie raz.
Oto jeszcze głęboko w czasach wieprza, sygnalizowałem tu nie raz, że zaczynam mieć problem głęboko psychologiczny z knajpami.
We Francji chodzi głównie o to co nazywam upier...niem wszystkiego słodkimi sosami a co lepsza knajpa tym bardziej, więc tam zostaje mi KFC i luz.
Ale we Włoszech....
To jest jakoś tak bardzo pierwotne.
Od lat miałem takie dziwne poczucie dwoistości. Otóż włoscy kelnerzy są nieprawdopodobnie sprawni i kompetentni, ale jak dla mnie niemili.
I to latami widzę. Wiecie, pierwszy, dziesiąty i setny pobyt w restauracji we Włoszech daje mi to samo odczucie- bycia "niemile widzianym".
Jak już tu pisałem 100 razy, ogólnie od dawna biorę plecak, siaty i idę do lokalnej biedry gdzie nabywam olej do smażenia, frytki i kotlet z mięsa szóstej jakości (if any mięso) i zjadam sobie to w swoich mieszkankach, z piwskiem, jak Bóg da, to na balkonie, jak Bóg da więcej, to na balkonie z widokiem na morze.
Bo ja już nie mogę. To czekanie, to proszenie się o rachunek, to wrażenie że jestem intruzem. Oni mają coś takiego w zachowaniu, co powoduje że jedzenie tam jest po prostu przykre, choć jak mówię, technicznie pracę kelnerską wykonują wręcz perfekcyjnie i aż przyjemnie popatrzeć.
Więc znów bóle subaspergera.
Potem doszło odchudzanie się ale na litość, coś jeść trzeba. Próbowałem z tym żywieniem się światłem ale chyba jednak się nie da.
No i wiecie, tak zwany kotlet z ichniej biedry jest spoko, a
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.
Ten post ma 92 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.