Brzydko prawdziwie o "żołnierzach wyklętych"

19
https://www.onet.pl/styl-zycia/znak-horyzont/wielka-trwoga-ludowa-reakcja-na-kryzys/vdzcb3z,30bc1058 > Prof. Marcin Zaremba w przełomowej pracy historycznej "Wielka Trwoga. Polska 1944 — 1947. Ludowa reakcja na kryzys" (Wyd. Znak Horyzont, nowe wyd. 2026) przybliża nam specyfikę każdego typu bandytyzmu. Poniżej prezentujemy fragment książki, poświęcony jednemu z nich. > Brutalizacja zachowań i radykalizacja poglądów politycznych (…) Powiedzmy od razu: na zakażenie bandytyzmem narażeni byli nie tylko członkowie konspiracji. W szeregach grup przestępczych znajdowali się również byli żołnierze WP, unikający miast dezerterzy. Oddzielną kategorię stanowił bandytyzm funkcjonariuszy MO i UB. Prym wiedli jednak "upadli żołnierze" podziemia. Proces ich upadku przypominał nieco doświadczenia niemieckich żołnierzy po I wojnie światowej. Dla obu grup wspólny mianownik stanowiła brutalizacja zachowań i radykalizacja poglądów politycznych, postrzeganie świata na manichejski, czarno-biały sposób, wedle którego "czarni" to Żydzi i komuniści; łączyło ich też poczucie straszliwej klęski [1]. Zygmunt Klukowski dostrzegał u leśnych dowódców zgrupowanych w okolicach Zamościa w połowie 1945 r. rosnący radykalizm, wręcz fanatyzm poglądów. W jego ocenie byli apodyktyczni, o przytępionej wrażliwości, nawykli do rozstrzygania wielu spraw za pomocą siły [2]. > Z groźby rozprzestrzeniania się choroby zdawali sobie sprawę niektórzy dowódcy AK. Andrzej Przemyski, biograf Leopolda Okulickiego, przytacza świadczący o tym rozkaz komendanta okręgu AK Kraków płk. Przemysława Nakoniecznego z 18 stycznia 1945 r.: "Zwrócić uwagę na skrupulatne odebranie, zakonserwowanie i zamelinowanie broni i sprzętu. Broń nie może pozostać w rękach pojedynczych żołnierzy AK ze względu na możliwość nieodróżniania żoł[nierzy] powstania od bandytyzmu" [3]. Na konsekwencje zamknięcia się w Okopach Świętej Trójcy wskazywali również sygnatariusze memoriału z lipca 1945 r., wśród nich Kazimierz Moczarski [4]. Obawy te potwierdziły się w trójnasób. Nie wydaje się jednak, żeby istniały wówczas realne szanse, by zjawisku bandycenia się podziemia można było skutecznie zapobiec. Chyba że nie doszłoby do okupacji sowieckiej, a do Polski rzeczywiście przyjechałby generał Anders. Wówczas trwanie w lesie nie miałoby sensu, nie powstałyby również olbrzymie pokłady zawiedzionych nadziei, złości oraz nienawiści. > Z drugiej strony trzeba pamiętać, że już w samej działalności konspiracyjnej tkwiły zalążki tego, co w sprzyjających okolicznościach łatwo mogło dać bandycki efekt [5]. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na redefinicję przedwojennych norm, jaka dokonała się w czasie wojny. Zabójstwo, przemoc, oszustwo, kradzież, o ile były czynione na szkodę okupanta, nie tylko straciły ujemny znak na skali wartości, ale stawały się wręcz powodem do chwały. > Organizacje konspiracyjne z definicji były strukturami — jak byśmy dziś powiedzieli — nietransparentnymi, a działalność poszczególnych żołnierzy, jak również większych grup (plutonów, kompanii itd.), utajona, często nawet niepodlegająca dostatecznej kontroli ze strony dowództwa [6]. Powodowało to, że każdy bandycki skok na własne potrzeby stawał się łatwiejszy, tym bardziej że niektórzy żołnierze dywersji byli poniekąd do takich akcji specjalnie szkoleni. Rozbudowujące się struktury i oddziały podziemia do prowadzenia walki potrzebowały pieniędzy (na żywność, ubrania, broń itp.). Stąd liczne akcje ekspropriacyjne (tzw. eksy), autoryzowane przez dowództwo, na urzędy, banki, instytucje niemieckie w celu zdobycia niezbędnej gotówki. O ile jednak w czasie okupacji tego typu działalność była jak najbardziej uzasadniona i potrzebna, o tyle po wojnie skali napadów na spółdzielnie, kasy kolejowe, banki, nadleśnictwa nie można wytłumaczyć tylko potrzebą gromadzenia środków na rzecz "walki z komuną". Za 22 mln zł — przypomnijmy: skradzione tylko we wrześniu 1946 r. — przy ówczesnych kosztach dałoby się wyekwipować dywizję piechoty. Choć nie można wykluczyć udziału amatorów, wydaje się, że tylko profesjonaliści potrafiliby zrobić skok: w Warszawie na kasę Sądu Okręgowego, skąd zrabowano 300 tys. zł (7 sierpnia 1946 r.) [7], w Lublinie na biuro firmy "Labor", skąd skradziono 400 tys. zł (26 października 1946 r.), czy w Białymstoku na spółdzielnię spożywców, gdzie łupem padło aż 797 tys. zł (30 października 1946 r.) [8]. Rabunki instytucji państwowych w mniejszych miejscowościach stały s
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 19 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.