"Niech jadą"

140
Duży Format.Wyborcza Niech jadą? Wyjechaliśmy! Jak polscy lekarze rezydenci pracują w Europie Dominika Wantuch 11 grudnia 2017 | 06:00 Gdy słyszę, ile godzin pracują rezydenci w Polsce, nie mogę w to uwierzyć. To jest balansowanie na granicy zdrowia lekarzy i bezpieczeństwa pacjentów.2 ZDJĘCIA Gdy słyszę, ile godzin pracują rezydenci w Polsce, nie mogę w to uwierzyć. To jest balansowanie na granicy zdrowia lekarzy i bezpieczeństwa pacjentów. Już 3 tysiące lekarzy rezydentów wypowiedziało dodatkowe dyżury. Za granicą praca na nich czeka. REKLAMA Czytasz ten artykuł, bo jesteś prenumeratorem Wyborczej. Dziękujemy! Kiedyś myślałam, że wrócę. Dziś już nie Lilianna Bernaciak, 32 lata, Guben, Niemcy, lekarz pogotowia ratunkowego, w trakcie specjalizacji z interny Największy szok? Pamiętam pierwsze dni rezydentury. Lekarz prowadzący podszedł do mnie, podał rękę, a potem powiedział: „Masz jakiekolwiek wątpliwości? – pytaj! Zaczniesz dyżury, dzwoń z wątpliwościami. Pomogę”. I rzeczywiście zdarzało mi się podczas dyżurów dzwonić do mojego opiekuna nawet o drugiej w nocy z pytaniami: co lepiej zlecić, jaki podać lek itd. Nigdy na odprawie nie było mi to wypomniane. Wręcz przeciwnie – często kończyło się żywą dyskusją ze starszymi kolegami. Lilianna wyjechała do Niemiec 4,5 roku temu, zaraz po odbyciu stażu w Polsce. Zdecydowały trzy powody: stosunki między lekarzami, zarobki i to, że za granicą miała szansę, żeby mieć życie poza pracą. – Znałam bardzo dobrze niemiecki, bo przez wiele lat inwestowałam w naukę, więc wiedziałam, że mam szansę – opowiada Lilianna. Zaczęła od przeglądania magazynów branżowych, w których niemieckie szpitale ogłaszają, że szukają lekarzy. – Jest dużo ofert, szpitale, zapraszając na rozmowy, opłacają np. transport czy nocleg. Mnie zależało, żeby przeprowadzić się blisko polskiej granicy – podkreśla. W Niemczech nie ma centralnego systemu, który zarządza lekarzami specjalistami, ubieganie się o rezydenturę odbywa się poza ministerstwem zdrowia, tylko między lekarzem a dyrekcją i ordynatorem. – Zasada jest taka: jedziesz na rozmowę kwalifikacyjną, a potem odbywasz tzw. hospitation. Przychodzisz na trzy dni do szpitala, sprawdzasz, jak wygląda w nim praca, uczestniczysz w obchodzie, przyglądasz się pracy oddziału i lekarzy. Potem zaczynasz specjalizację.Opowiem ci, jak wygląda mój dzień w małym przygranicznym szpitalu. Pracę zaczynam o 7 rano odprawą. Jeśli czeka mnie tego dnia 24-godzinny dyżur, to przychodzę na ósmą, żebym była bardziej wypoczęta, bo poprzedni dyżurujący lekarz pełni obowiązki do ósmej. Praca trwa osiem godzin, ale pracuję do 15.30, bo mam 30 minut na zjedzenie lunchu.Czasami oczywiście zostajesz godzinę, półtorej dłużej, gdy musisz wypełnić dokumentację albo gdy chcesz doglądnąć pacjenta. I to jest bardzo ważne: możesz, ale nie musisz tego robić. Nikt cię nie może do tego zmusić, bo zawsze twoje obowiązki może przejąć lekarz dyżurujący. Nadgodziny, zatwierdzone przez szefa, wprowadza się do systemu komputerowego, a sposób rozliczenia określony jest w umowie o pracę. Przeważnie szpitale preferują „oddać” nadgodziny w formie wolnego dnia lub – rzadziej – wypłaty. W Polsce znam wielu lekarzy, którzy w pracy zostają dłużej, bo mają kolejnych pacjentów, dokumenty do uzupełnienia, wypisy, i nikt im za to nie płaci. W Niemczech jest to nie do pomyślenia. Podobnie jak to, że po pracy w macierzystym szpitalu biegniesz do kolejnej, bo z pensji nie jesteś w stanie się utrzymać. Oczywiście możesz wziąć dodatkową pracę, np. jeśli chcesz kupić dom albo prowadzisz bardzo wystawne życie, albo zwyczajnie chcesz więcej pracować. Ale nie znam żadnego lekarza, który musiałby brać dodatkową pracę, bo nie jest w stanie związać końca z końcem do wypłaty. Nie ma też zwyczaju łączenia pracy w szpitalu z prywatną praktyką. Są lekarze, i ja się do nich zaliczam, którzy robią skomplikowane kursy uprawniające do jazdy w karetce pogotowia (Notarzt). Jeżdżąc dodatkowo karetką, możesz zarobić bardzo dobre pieniądze. Ale taka praca wynika raczej z chęci zdobycia doświadczenia, a nie z konieczności dodatkowego zarobku. Nie musisz tego robić, bo zaczynając rezydenturę, dostajesz ok. 2-2,2 tys. euro miesięcznie plus wynagrodzenie za dyżury. Stawki za godziny dyżurowe ustalane są w umowie. Przyjęte jest, że w miesiącu lekarz ma średnio cztery 24-godzinne dyżury. Więcej? Tylko jeśli wyrazi zgodę. Ale nawet wtedy nie ma więcej niż siedem dyżurów. I to jest chyba największa różnica między Polską a Niemcami.Co więcej, nie musisz się stresować, że zostaniesz obarczona dyżurami zaraz po stażu, bez doświadczenia klinicznego, że zostaniesz sama i nie będziesz wiedzieć, co zrobić, jaki lek podać, i nikt ci nie pomoże, bo starszy lekarz powie ci: „Co to za głupie pytanie, proszę sobie sprawdzić w podręczniku”. Niestety to nieraz słyszą młodzi lekarze w Polsce. Dyżury zaczęłam nie, jak to bywa w Polsce, od razu, tylko po trzech miesiącach pracy, gdy poczułam, że sobie poradzę. W Polsce na pewno obgryzałabym paznokcie ze stresu, bo nikt, rozpisując grafik, nie zastanawia się, czy ten młody człowiek, w ręce którego oddawane jest ludzkie życie, jest gotowy, by samodzielnie dyżurować. Tak samo jak nikt nie zastanawia się, czy pacjent, który dostaje termin zabiegu za cztery lata, dożyje. Dla przykładu termin operacji wymiany stawu kolanowego w moim szpitalu to jakieś dwa-trzy miesiące czekania. Ale to jest pochodna tego, ile pieniędzy przeznacza się na służbę zdrowia i jak jest ona zorganizowana. Tu jest kilka kas chorych, są większe nakłady na medycynę. Jak w całych Niemczech, tak i w moim szpitalu mamy spory niedobór lekarzy. Pracują tu specjaliści z wielu krajów (m.in. z Rumunii, a nawet Kazachstanu). Mimo bariery językowej spotykamy się ze strony innych lekarzy oraz pacjentów z dużym szacunkiem i wsparciem. Nasza praca jest szanowana. Gdy wyprowadzałam się z Polski, myślałam o tym, że kiedyś wrócę. Teraz już nie myślę o powrocie do pracy w Polsce jako lekarz. Czy popieram akcję protestacyjną kolegów? W zupełności – walczą o przyszłość nie tylko swoją, ale i pacjentów. Powodzenia! Macie prawo godnie żyć i pracować. pawel_wika REKLAMA Advertisement Duży Format Niech jadą? Wyjechaliśmy! Jak polscy lekarze rezydenci pracują w Europie Dominika Wantuch 11 grudnia 2017 | 06:00 Gdy słyszę, ile godzin pracują rezydenci w Polsce, nie mogę w to uwierzyć. To jest balansowanie na granicy zdrowia lekarzy i bezpieczeństwa pacjentów.2 ZDJĘCIA Gdy słyszę, ile godzin pracują rezydenci w Polsce, nie mogę w to uwierzyć. To jest balansowanie na granicy zdrowia lekarzy i bezpieczeństwa pacjentów. Już 3 tysiące lekarzy rezydentów wypowiedziało dodatkowe dyżury. Za granicą praca na nich czeka. REKLAMA Czytasz ten artykuł, bo jesteś prenumeratorem Wyborczej. Dziękujemy! Kiedyś myślałam, że wrócę. Dziś już nie Lilianna Bernaciak, 32 lata, Guben, Niemcy, lekarz pogotowia ratunkowego, w trakcie specjalizacji z interny Największy szok? Pamiętam pierwsze dni rezydentury. Lekarz prowadzący podszedł do mnie, podał rękę, a potem powiedział: „Masz jakiekolwiek wątpliwości? – pytaj! Zaczniesz dyżury, dzwoń z wątpliwościami. Pomogę”. I rzeczywiście zdarzało mi się podczas dyżurów dzwonić do mojego opiekuna nawet o drugiej w nocy z pytaniami: co lepiej zlecić, jaki podać lek itd. Nigdy na odprawie nie było mi to wypomniane. Wręcz przeciwnie – często kończyło się żywą dyskusją ze starszymi kolegami. Lilianna wyjechała do Niemiec 4,5 roku temu, zaraz po odbyciu stażu w Polsc
Treść została skrócona. Zaloguj się, aby zobaczyć pełną treść.

Ten post ma 140 komentarzy. Zaloguj się, aby je przeczytać i dołączyć do dyskusji.